Przechowalnia wieczności

Jeżeli dla czytającego niniejszy tekst, biblioteka to tylko instytucja zajmująca się gromadzeniem, przechowywaniem oraz wypożyczaniem książek i ta definicja w zupełności mu wystarcza - proszę, aby darował sobie dalsze czytanie. Moje słowa kieruję do tych, którzy bez chwili wahania podpisaliby się pod legendarnymi już dziś słowami Jose Luisa Borgesa: „Zawsze wyobrażałem sobie Raj jako bibliotekę, nigdy jako ogród”.

   Ostatnia dekada mojego życia to ciągłe przemieszczanie się, podróżowanie, przeprowadzki. Kolejny kraj, miasto i mieszkanie – niby tak kolorowo, ale po pewnym czasie zachwyt nowym otoczeniem mijał, a zostawało uporczywe poczucie obcości, nijak niedające się odpędzić. Instynkt nakazujący znalezienie czegoś, dzięki czemu mogłabym poczuć się bardziej swojsko prowadził mnie zawsze w jedno miejsce: do biblioteki. I nieważne, czy była to mała prowincjonalna biblioteka, czy Jagiellonka – wystarczyło, że przekraczałam próg i już byłam u siebie. Przez bibliotekę oswajałam obcą sobie przestrzeń, miasto i siebie w nim. 
   Po raz pierwszy przekroczyłam próg biblioteki dwadzieścia pięć lat temu. Była to mała gminna placówka, która stoi do dziś. Choć przeszła już niejedną metamorfozę i nie dysponuje zbyt dużym księgozbiorem, zawsze będzie tą, której zapach będę do końca życia pamiętać najlepiej. Moje zbyt częste wizyty przyprawiły panią bibliotekarkę chyba o mały rozstrój nerwowy, bo pogroziła mi palcem i nakazała wolniej czytać wypożyczone książki, gdyż nie nadążała z ich zamawianiem. Jak to wolniej?! Przecież ja chciałam jeszcze i jeszcze. A trzeba pamiętać, że był to początek lat 90., więc dopiero co uwolniona literatura napływała ze wszystkich stron wartkimi strumieniami. Poczucie bibliotecznej niesprawiedliwości uwolniło we mnie chęć ekspansji na inne biblioteki i tak oto przekroczyłam próg drugiej w swoim życiu biblioteki. A była nią Biblioteka Publiczna w Leżajsku. To dopiero był raj! Kursowałam jak szalona, tam i z powrotem na swoim czerwonym rowerze, żeby jak najszybciej zniknąć między regałami. Pamiętam pewną amerykańską serię detektywistyczną dla dzieci i młodzieży, przez którą omal nie nabawiłam się nerwicy, bo nie dość, że ze strachu, jaki wywoływała we mnie treść, czytałam kolejne tomy pod kołdrą, to jeszcze musiałam czekać na następne, aż ktoś je łaskawie odda. A kiedy w moje ręce wpadły książki Edith Nesbit i przeczytałam już wszystkie, jakie znalazłam na półce, to okrutnie się na Bibliotekę moją obraziłam i wracałam do domu lejąc wodospady łez, bo pani bibliotekarka uświadomiła mi, że więcej książek pani Nesbit w języku polskim nie wydano. Po tygodniu przeprosiłam się z Biblioteką i wydeptywałam ścieżki do niej jeszcze przed następne dziesięć lat, do czasu, kiedy wyjechałam na studia. 
   Studentkę pełną gębą zrobiły ze mnie: Biblioteka Miejska w Przemyślu i krakowska Jagiellonka. W tej pierwszej prawie mieszkałam (to cud, że nie kazali mi czynszu płacić albo jakiegoś podatku koczowniczego, ale chyba mieli mnie dość, bo pan bibliotekarz sugerował, że ma w piwnicy jakieś łóżko polowe gdyby mi się tu przysnęło), a do tej drugiej chodziłam nie tylko uczyć się, ale i znikać przed światem. Po studiach wyjechałam za granicę w poszukiwaniu „Wielkiego Być Może”. Najpierw do Hiszpanii, później do Anglii. Emigracyjne rany opatrywały mi dwie biblioteki: Biblioteka Narodowa w Madrycie i Biblioteka Miejska w Mansfield. Hiszpańska książnica prócz wiadomego celu, podobnie jak Jagiellonka, pełni również funkcję swego rodzaju muzeum, więc minęło sporo czasu zanim tak naprawdę ją poznałam i wreszcie się nie zgubiłam. Godzinami snułam się w jej labiryntach i od razu zapominałam o tym nieznośnym swędzeniu zwanym tęsknotą za domem. Jednak to biblioteka w Mansfield podbiła moje emigracyjne serce, bo kiedy zobaczyłam regał z literaturą w języku polskim zapomniałam oddychać. Nie mogłam się nadziwić skąd, w bibliotece w małym robotniczym mieście w środkowej Anglii, wzięły się książki, których mogła pozazdrościć niejedna biblioteka w Polsce. Zapytałam kiedyś o to jedną z pracujących tam pań bibliotekarek i odpowiedziała, że wyboru pomagają dokonywać polscy czytelnicy, bo Biblioteka jest otwarta na sugestie z ich strony. Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom jednego czytelnika, placówka zyskuje kolejnych. Sprytne, ale może się to sprawdzić jedynie w warunkach, kiedy dana biblioteka dysponuje odpowiednim budżetem, a finanse angielskich bibliotek mają się znacznie lepiej niż polskich. Biblioteka w Mansfield to miejsce nowoczesne, pachnące innowacjami, toteż trudno się dziwić, że tak się nią zachwyciłam. Jednak wciąż brakowało mi w niej czegoś ważnego, a mianowicie duszy. Bez niej, choćby nie wiem jak wspaniała była biblioteczna przestrzeń i bogaty księgozbiór, biblioteka będzie jak pisanka zrobiona z wydmuszki. 
   Gdy wróciłam do kraju i musiałam na nowo zaadaptować się w polskiej rzeczywistości, bo pojawiło się jakieś małe rozczarowanie, poszłam po pomoc gdzie? Oczywiście do biblioteki. 

   Jest coś kojącego we wpatrywaniu się w rzędy książek ułożonych alfabetycznie na półkach. Patrzę na nie i we mnie też wszystko zaczyna się układać. Myśli mi się jaśniej i dopiero wtedy przekonuję się czym jest spokój. Wszelki początek i koniec tutaj nie istnieją, bo przecież grzebiąc w tych regałach grzebię w wieczności. A zaczyna się tak niewinnie, bo przychodzi człowiek do biblioteki zwyczajnie wypożyczyć książkę. Wodzi oczami po książkowych grzbietach i szuka towarzysza na następnych kilka wieczorów. Dopiero po wyjściu okazuje się, że znalazł o wiele więcej. 
   Historia zatoczyła koło i wróciłam do rodzinnego miasta, do tej samej biblioteki, do której tak pędziłam swoim czerwonym rowerem. Rower już dawno w rowerowym niebie, a Miejska Biblioteka Publiczna w Leżajsku nie dość, że stoi tak, jak stała, to jeszcze budynek, w którym się znajduje odzyskał swą dawną świetność i nie skłamię, jeśli powiem, że jest obecnie dumą miasta. Odwiedzałam wiele bibliotek, sama już nie pamiętam nawet ile, ale kiedy przychodzę do tej leżajskiej czuję się inaczej. I nawet wiem, dlaczego: nie muszę oswajać żadnej obcości, bo tylko tu jestem najbardziej u siebie. 

Natalia Nowicka 



GODZINY OTWARCIA:
pon.-pt. 8.00 - 18.00

ADRES:
ul. Jarosławska 1
37-300 Leżajsk

 

Miejskie Centrum Kultury w Leżajsku

 

Modernizacja budynku Biblioteki Publicznej im. Stanisława Wyspiańskiego została zrealizowana w ramach projektu „Rewitalizacja i zagospodarowanie przestrzeni publicznej wokół zabytkowego rynku miejskiego w Leżajsku”, dofinansowanego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podkarpackiego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego – Oś VII Spójność wewnątrzregionalna Działanie 7.1 Rewitalizacja miast oraz Programu Promesa Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego